To już ostatni post z naszej wycieczki i zostawiłam sobie na koniec naprawdę fajną odskocznię, Marmaris.Do Turcji przypłynęliśmy promem, a po zejściu z pokładu czekał już na nas autokar, którym ruszyliśmy na zwiedzanie. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze tureckie centrum jubilerskie, gdzie można było kupić biżuterię. I tutaj mały minus całej wycieczki, było to dla mnie trochę zbyt mocno nastawione na sprzedaż i momentami czułam typowe „naciąganie” turystów. Ale później… Marmaris wynagrodziło wszystko! Oczywiście nie mogło zabraknąć poznawania tureckiej kuchni. Spróbowałam prawdziwej tureckiej kawy, podawanej z tradycyjnym lokum (Turkish delight), czyli tym charakterystycznym słodkim dodatkiem, a do tego oczywiście orzeszki. Była też okazja spróbować tureckich lodów, i to jest zupełnie osobna atrakcja, bo ich konsystencja i sposób podawania naprawdę różnią się od naszych.Co ciekawe, jadąc do Turcji po raz pierwszy, miałam w głowie zupełnie inne wyobrażenie tego kraju. Spodziewałam się trochę bardziej „dzikiego” klimatu, a tymczasem Marmaris zaskoczyło mnie tym, jakie jest czyste, zadbane, nowoczesne i dobrze rozwinięte. Drogi są równe, wszystko jest bardzo uporządkowane, a sama miejscowość wygląda naprawdę pięknie.Na miejscu mieliśmy około 5 godzin, więc nie był to oczywiście czas na dokładne poznanie Turcji, ale wystarczył, żeby poczuć klimat Marmaris i zobaczyć, jak wygląda kawałek tego kraju. Na obiad wybraliśmy oczywiście prawdziwego tureckiego kebaba, i muszę przyznać - był naprawdę pyszny!To naprawdę piękna, urokliwa miejscowość. Najbardziej zachwyciła mnie marina położona na tle gór, widoki były przepiękne! Do tego turecki bazar, mnóstwo kolorów, zapachów i lokalnego klimatu. Turcy okazali się bardzo mili i serdeczni, a sama miejscowość zrobiła na mnie ogromne wrażenie.I tym akcentem kończę już naszą podróżniczą serię z Rodos.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jak już tu jesteś , zostaw po sobie ślad - komentarz :*