20:29:00

Kanada - Toronto

Po naszym pobycie w Chicago postanowiliśmy spontanicznie polecieć do Kanady, a dokładniej do Toronto. Lot trwał niecałe dwie godzinki, a w praktyce chyba nawet trochę ponad godzinę, więc zanim człowiek zdążył się dobrze rozsiąść, już byliśmy na miejscu. I muszę przyznać, że Toronto bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

To miasto jest naprawdę nowoczesne, pełne ogromnych wieżowców i szerokich, czystych ulic. Momentami miałam wrażenie, że dalej jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, bo klimat jest bardzo podobny. Tak samo jak w USA, tutaj również wszędzie można zauważyć kanadyjskie flagi. Toronto jest jednak trochę spokojniejsze i bardziej uporządkowane, przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
Oczywiście nie mogliśmy pominąć najsłynniejszego punktu Toronto, czyli CN Tower. To najwyższy budynek w całej Kanadzie i jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta. Co ciekawe, do 2007 roku CN Tower był uznawany za najwyższą wolnostojącą konstrukcję na świecie, więc naprawdę robi wrażenie nawet dzisiaj.
W Kanadzie bardzo zaciekawiło mnie też to, że podobnie jak w Stanach, po ulicach jeżdżą ogromne ciężarówki i wielkie auta, które świetnie wpisują się w północnoamerykański klimat.
Po drodze trafiliśmy też na charakterystyczny duży czarny zegar z białą tarczą stojący w centrum miasta. Takie miejsca mają niesamowity klimat i sprawiają, że człowiek chce po prostu spacerować bez celu i chłonąć atmosferę miasta.
Bardzo spodobał mi się jeden z budynków w centrum, cały złoty, wręcz pozłacany, przepięknie odbijał światło i wyglądał niesamowicie na żywo. Uwielbiam takie nowoczesne miasta, gdzie obok siebie stoją futurystyczne wieżowce i historyczne miejsca.
Zwiedziliśmy też miejsce związane z historią kolei Toronto Railway Museum, znajdujące się w Roundhouse Park. Można tam zobaczyć stare lokomotywy i historyczne wagony, które przypominają początki kolei w Toronto. Bardzo klimatyczne miejsce, szczególnie jeśli ktoś lubi takie industrialne klimaty i historię dawnych podróży.
Jednym z moich ulubionych momentów była również wizyta przy słynnej fontannie z pieskami. Czytałam, że ma symbolizować różnorodność i wielokulturowość Toronto, co bardzo pasuje do tego miasta, bo naprawdę czuć tam mieszankę kultur z całego świata.
Jeśli chodzi o jedzenie… wow. Trafiliśmy na kanapki, które były chyba jednymi z najlepszych, jakie jadłam w życiu. Mąż zamówił wersję ze stekiem, frytkami i sosem, a ja wzięłam kanapkę z kurczakiem, serem i sosem, oczywiście również z frytkami. Niby „tylko kanapka”, ale była tak ogromna i sycąca, że praktycznie trzymała mnie cały dzień. Finalnie część zabrałam jeszcze na wynos. Warto dodać, że są to typowo kanadyjskie kanapki.
Byliśmy też na słynnej hali targowej St. Lawrence Market - miejscu pełnym lokalnego jedzenia, serów, pamiątek i oczywiście syropu klonowego, bez którego nie wyobrażam sobie wrócić z Kanady. Kupiłam sobie również przeuroczy breloczek z czerwonym pomponikiem i flagą Kanady, który od razu skradł moje serce.
Podsumowując - Toronto totalnie mnie oczarowało. Nowoczesne, czyste, klimatyczne, pełne ciekawych miejsc i naprawdę dobrej energii. To był krótki wyjazd, ale zdecydowanie taki, który będę bardzo dobrze wspominać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jak już tu jesteś , zostaw po sobie ślad - komentarz :*

Copyright © 2016 Blog By Paulina , Blogger