15:06:00

Chicago, kolejne dni - Cloud Gate w Millennium Park i więcej

Chicago, kolejne dni -  Cloud Gate w Millennium Park i więcej
Drugi dzień w Chicago przywitał nas naprawdę piękną pogodą, był to jeden z zaledwie dwóch tak ciepłych i słonecznych dni podczas całego naszego tygodniowego pobytu. Od samego rana było przyjemnie, więc postanowiliśmy spędzić go na spacerach i zwiedzaniu.
Na początek zobaczyliśmy słynną „fasolkę”, czyli Cloud Gate w Millennium Park. Miejsce robi ogromne wrażenie na żywo, szczególnie przy takiej pogodzie. Wszystko lśniło w słońcu, a odbicia miasta w tej ogromnej, stalowej rzeźbie wyglądały naprawdę efektownie. Atmosfera była bardzo przyjemna i luźna, ludzie spacerowali, robili zdjęcia, po prostu cieszyli się dniem.
Po drodze mijaliśmy też jeden z bardziej charakterystycznych parków w centrum Chicago, bardzo zielony, pełen drzew, a jednocześnie otoczony wysokimi drapaczami chmur. To takie ciekawe połączenie natury i miasta, które robi naprawdę świetne wrażenie i pokazuje, jak „żywe” jest to miasto.
Następnie przeszliśmy w stronę mariny. Woda tego dnia miała piękny, wręcz turkusowy kolor, co było dla nas sporym zaskoczeniem. W tak słoneczny dzień wyglądało to wyjątkowo malowniczo, jakby całe wybrzeże nagle nabrało wakacyjnego klimatu.
Nie zabrakło też bardziej „amerykańskiego” akcentu kulinarnego, w drugi dzień zjedliśmy pizzę na grubym cieście z pomidorami (nie robiłam zdjęć). Taka typowa, sycąca, amerykańska wersja, która idealnie pasowała do spacerowego dnia i dodała nam energii na dalsze zwiedzanie.
Jeden z bardziej „klimatycznych” momentów naszej podróży związany był ze słynną trasą Route 66. Zrobiliśmy sobie zdjęcie na jej końcu w Chicago, co było dla nas fajną symboliką całej wyprawy. Co ciekawe, początek tej legendarnej drogi mieliśmy okazję zobaczyć już kilka lat wcześniej w Santa Monica w Los Angeles. Sama trasa historyczna, czyli U.S. Route 66, liczy około 3 900 km i łączy właśnie te dwa miejsca, więc zdjęcia z obu jej „końców” stały się dla nas fajną pamiątką z dwóch różnych podróży.
Trzeciego dnia pogoda już wyraźnie się zmieniła i zrobiło się dużo chłodniej, ale mimo to zdecydowaliśmy się na wycieczkę do Lincoln Park Zoo w Chicago. To, jeśli dobrze pamiętam, najstarsze zoo w całych Stanach Zjednoczonych, co już samo w sobie robi wrażenie. Dodatkowo wejście jest całkowicie darmowe, co jest ogromnym plusem.
Na miejscu córka miała okazję zobaczyć lwy, zebry, kozy, małpy i pingwiny. Niestety przez niższą temperaturę część zwierząt była pochowana i mniej aktywna, ale mimo to wizyta była udana. Najważniejsze, że dziecko było zadowolone i mogło spędzić czas na świeżym powietrzu w tak ciekawym miejscu.
Ten dzień upłynął nam też pod znakiem kawy, mam wrażenie, że spróbowałam wtedy już wszystkich możliwych wersji machy: na zimno, na ciepło i w różnych smakach. Idealne rozgrzewające „towarzystwo” na chłodniejsze momenty zwiedzania.
Trzeciego dnia, gdy odwiedziliśmy okolice centrum, spacerowaliśmy też w rejonie słynnego wieżowca Trump International Hotel and Tower (Chicago). To okolica pełna wysokich budynków, szerokich ulic i nowoczesnej architektury, więc świetna do spacerów i zdjęć. Standardowo był też czas na kawę w jednym z lokalnych miejsc, taki nasz mały rytuał w trakcie zwiedzania dużych miast.
W okolicach wieżowca Trumpa natrafiliśmy również na ciekawą instalację artystyczną, rzeźbę przedstawiającą trzy męskie postacie. Znajduje się ona przy Chicago Riverwalk i wpisuje się w charakterystyczny dla tego miejsca nowoczesny krajobraz sztuki miejskiej. Tego typu rzeźby pojawiają się tam dość często i sprawiają, że spacer wzdłuż rzeki jest jeszcze bardziej interesujący i nieoczywisty.
W tej części miasta płynie rzeka Chicago River, która przecina centrum Chicago i tworzy jego charakterystyczny, bardzo rozpoznawalny krajobraz. Wzdłuż niej biegnie Chicago Riverwalk, nowoczesna promenada spacerowa, przy której znajdują się liczne restauracje, kawiarnie i miejsca do odpoczynku. Cała okolica jest świetnie zagospodarowana i idealna na spokojny spacer wśród wieżowców, z widokiem na odbijające się w wodzie budynki i miejskie mosty. To jedno z tych miejsc, gdzie można jednocześnie poczuć tętniące życiem centrum miasta i chwilę oddechu nad wodą.
W trzecim dniu odwiedziliśmy również sklep Apple, który w Stanach sam w sobie jest trochę atrakcją turystyczną. Minimalistyczny design i ogromny wybór robią wrażenie, nawet jeśli nie planuje się zakupów. Mąż chciał nawet kupić iPhone’a, bo sprzęty w USA są zwykle tańsze niż w Europie, jednak finalnie pojawiły się problemy z kartą i decyzja o zakupie została przesunięta na Polskę. I rzeczywiście, różnice cenowe potrafią być zauważalne, co dla wielu osób jest dodatkową zachętą do zakupów elektroniki podczas wyjazdu.
Na koniec warto dodać, że to jeszcze nie koniec mojej relacji z Chicago, planuję napisać przynajmniej jeden kolejny post z tego miasta, a dodatkowo pojawi się też wpis z Kanady, bo podczas pobytu w Chicago zrobiliśmy sobie jednodniową wycieczkę za granicę.


20:19:00

Zwiedzamy Chicago - Illinois

Zwiedzamy Chicago - Illinois

Nasza podróż zaczęła się w Krakowie – stamtąd polecieliśmy do Helsinek, a później już bezpośrednio do Chicago. Sama trasa była dość długa, ale podekscytowanie robiło swoje, więc zmęczenie gdzieś się rozmywało w tle… przynajmniej do momentu lądowania.

Chicago przywitało nas deszczem. Takim typowym, trochę zniechęcającym do wielkiego zwiedzania pierwszego dnia. Zamiast więc rzucać się od razu w wir miasta, schowaliśmy się w Starbucksie. I powiem szczerze,  nawet to miało swój klimat. Może to głupie, ale serio czuć było, że jesteśmy już w Stanach. Ten „zwykły” Starbucks nagle stał się częścią doświadczenia, a nie tylko przystankiem na kawę.
Siedząc przy oknie, mogliśmy obserwować miasto i to był moment, kiedy pierwszy raz pomyślałam: okej, to naprawdę Chicago. Nad ulicami co chwilę przejeżdżały pociągi, te charakterystyczne, które suną po torach zawieszonych nad głową. Trochę jakby miasto miało drugi poziom życia, który cały czas jest w ruchu. Do tego wszędzie wokół wysokie budynki, takie prawdziwe „amerykańskie”, dokładnie jak w filmach, tylko że tym razem to nie ekran.
Mimo deszczu nie usiedzieliśmy długo w miejscu. Zrobiliśmy około 10 km na nogach i drugie tyle przemieszczając się pociągami i metrem. Niby niewiele jak na całe miasto, ale jetlag skutecznie przypominał nam, że jesteśmy kilka stref czasowych dalej. Momentami człowiek nie wiedział, czy jest bardziej zmęczony, czy podekscytowany.
I chyba najbardziej lubię te pierwsze dni w nowym miejscu właśnie za to, że nie są perfekcyjne. Trochę zmęczenia, trochę przypadkowych decyzji, pogoda nie taka jak trzeba, ale dzięki temu wszystko jest bardziej prawdziwe. Nie wyreżyserowane pod plan zwiedzania, tylko takie, jakie się wydarzy.

Na kolejne dni też coś dla Was przygotuję, jeszcze nie wiem, czy pójdę dzień po dniu, czy może połączę kilka w jeden wpis, zobaczę co lepiej odda cały wyjazd. Tak czy inaczej, w przyszłym tygodniu wrzucę kolejną część, bo trochę się tego uzbierało i zdecydowanie jest o czym opowiadać.


 

15:13:00

Stolica Bułgarii - Sofia

Stolica Bułgarii - Sofia

Podczas naszej podróży do Sofii od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy ograniczać się tylko do ścisłego centrum. Mimo że hotel mieliśmy w samym sercu miasta, pierwsze kroki skierowaliśmy trochę dalej - do słynnego budynku-ślimaka, czyli Snail house.
Do ścisłego centrum wróciliśmy metrem i rozpoczęliśmy zwiedzanie od jednej z największych atrakcji miasta – imponującej Sobór św. Aleksandra Newskiego.
Z zewnątrz zachwyca złotymi kopułami i monumentalną bryłą, ale wnętrze zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie. Ogromna przestrzeń, półmrok, zapach świec i piękne ikony tworzą niezwykły klimat. To jedna z największych cerkwi prawosławnych na Bałkanach i symbol Sofii.
To niezwykły, kolorowy budynek mieszkalny w kształcie ślimaka. I warto to podkreślić - to nie przedszkole ani szkoła, jak czasem można przeczytać w internecie, tylko normalny dom mieszkalny. Projekt jest absolutnie bajkowy: zakrzywione linie, brak ostrych krawędzi, intensywne kolory i oczywiście ogromna muszla. Wygląda jak wyjęty z książki dla dzieci, a jednak stoi sobie spokojnie wśród zwykłej zabudowy. Już na starcie wiedzieliśmy, że Sofia będzie zaskakiwać.
Wychodząc, minęliśmy również Grób Nieznanego Żołnierza , miejsce pamięci tuż obok katedry, przy którym pali się wieczny ogień.
Kolejnym punktem była Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, znana też jako rosyjska cerkiew. Charakterystyczne złote kopuły i zielone dachy sprawiają, że wygląda jak przeniesiona wprost z Moskwy. Tym razem nie wchodziliśmy do środka, ale sam budynek robi ogromne wrażenie.
Po krótkiej przerwie na kawę (tak, klasycznie w Starbucks 😄) ruszyliśmy dalej, do najstarszego zachowanego budynku w mieście, Cerkiew św. Jerzego
Ta niewielka, ceglana rotunda pochodzi z IV wieku i rzeczywiście jest pozostałością po czasach rzymskich. W starożytności Sofia nosiła nazwę Serdica i była ważnym miastem w Imperium Rzymskim. Do dziś w centrum można zobaczyć fragmenty rzymskichg murów, ulic i budowli. Spacerując, mijaliśmy ruiny dawnego miasta, to fascynujące uczucie chodzić po miejscu, gdzie dwa tysiące lat temu toczyło się życie rzymskiej metropolii.
Udało nam się też zobaczyć dawną Łaźnię Miejską, czyli dzisiejsze Regional History Museum Sofia. Ten charakterystyczny,pomarańczowo-ceglasty budynek z jasnymi zdobieniami i kopułami od razu przyciąga wzrok. Stoi tuż obok fontanny i źródeł wody mineralnej, z których mieszkańcy do dziś korzystają. Bardzo podobała mi się jego architektura – elegancka, dopracowana w detalach, z lekkim orientalnym klimatem. Trudno uwierzyć, że kiedyś były tu po prostu miejskie łaźnie. To miejsce pięknie pokazuje, jak historia przeplata się w Sofii z codziennym życiem.
Idąc dalej wzdłuż dawnych łaźni, natknęliśmy się na zabytkowy, zielony tramwaj, który stoi tam jako mały akcent historyczny i świetne tło do zdjęć. W jego pobliżu uwagę przyciąga również charakterystyczny budynek z kopułą i smukłym minaretem – to Banya Bashi Mosque, jedyny czynny meczet w Sofii. Powstał w XVI wieku w czasach panowania osmańskiego i do dziś jest ważnym miejscem dla lokalnej społeczności muzułmańskiej. Co ciekawe, jego nazwa nawiązuje do pobliskich łaźni („wielu łaźni”), bo meczet został zbudowany tuż obok naturalnych źródeł termalnych. To niesamowite, jak w jednym miejscu spotykają się rzymskie ruiny, osmańska architektura, secesyjny budynek dawnych łaźni i elementy miejskiej komunikacji – Sofia naprawdę potrafi zaskakiwać swoją różnorodnością.
Na obiad wybraliśmy coś lokalnego. Zamówiliśmy  zupę brokułową, a na drugie jajko ze szpinakiem. Mateusz postawił bardziej konkretnie, wziął kiełbaski. Prosto, ale bardzo smacznie.
Po posiłku przeszliśmy się reprezentacyjną ulicą Vitosha Boulevard. To główny deptak miasta, pełen sklepów, restauracji i kawiarni, z widokiem na góry Witosza w tle.
To miasto pełne kontrastów, rzymskie ruiny obok cerkwi, socjalistyczna architektura obok secesyjnych kamienic, nowoczesne kawiarnie obok historycznych zabytków. Sofia nie jest oczywistym kierunkiem, ale właśnie dlatego potrafi pozytywnie zaskoczyć.
Idąc w dół bulwaru dotarliśmy do charakterystycznego budynku z lwami, to National Palace of Culture (NDK). To ogromne centrum kongresowo-kulturalne z czasów socjalistycznych, jedno z największych tego typu na Bałkanach. Monumentalne, surowe, trochę kontrastujące z historyczną częścią miasta, ale właśnie to w Sofii jest ciekawe: mieszanka epok, stylów i wpływów.
Pogoda przez większość dnia nie rozpieszczała, było chłodno i pochmurno. Słońce wyszło dopiero pod koniec, właściwie wtedy, gdy musieliśmy już kierować się w stronę lotniska. Trochę jak na złość.


 

Copyright © 2016 Blog By Paulina , Blogger