20:19:00

Zwiedzamy Chicago - Illinois

Zwiedzamy Chicago - Illinois

Nasza podróż zaczęła się w Krakowie – stamtąd polecieliśmy do Helsinek, a później już bezpośrednio do Chicago. Sama trasa była dość długa, ale podekscytowanie robiło swoje, więc zmęczenie gdzieś się rozmywało w tle… przynajmniej do momentu lądowania.

Chicago przywitało nas deszczem. Takim typowym, trochę zniechęcającym do wielkiego zwiedzania pierwszego dnia. Zamiast więc rzucać się od razu w wir miasta, schowaliśmy się w Starbucksie. I powiem szczerze,  nawet to miało swój klimat. Może to głupie, ale serio czuć było, że jesteśmy już w Stanach. Ten „zwykły” Starbucks nagle stał się częścią doświadczenia, a nie tylko przystankiem na kawę.
Siedząc przy oknie, mogliśmy obserwować miasto i to był moment, kiedy pierwszy raz pomyślałam: okej, to naprawdę Chicago. Nad ulicami co chwilę przejeżdżały pociągi, te charakterystyczne, które suną po torach zawieszonych nad głową. Trochę jakby miasto miało drugi poziom życia, który cały czas jest w ruchu. Do tego wszędzie wokół wysokie budynki, takie prawdziwe „amerykańskie”, dokładnie jak w filmach, tylko że tym razem to nie ekran.
Mimo deszczu nie usiedzieliśmy długo w miejscu. Zrobiliśmy około 10 km na nogach i drugie tyle przemieszczając się pociągami i metrem. Niby niewiele jak na całe miasto, ale jetlag skutecznie przypominał nam, że jesteśmy kilka stref czasowych dalej. Momentami człowiek nie wiedział, czy jest bardziej zmęczony, czy podekscytowany.
I chyba najbardziej lubię te pierwsze dni w nowym miejscu właśnie za to, że nie są perfekcyjne. Trochę zmęczenia, trochę przypadkowych decyzji, pogoda nie taka jak trzeba, ale dzięki temu wszystko jest bardziej prawdziwe. Nie wyreżyserowane pod plan zwiedzania, tylko takie, jakie się wydarzy.

Na kolejne dni też coś dla Was przygotuję, jeszcze nie wiem, czy pójdę dzień po dniu, czy może połączę kilka w jeden wpis, zobaczę co lepiej odda cały wyjazd. Tak czy inaczej, w przyszłym tygodniu wrzucę kolejną część, bo trochę się tego uzbierało i zdecydowanie jest o czym opowiadać.


 

15:13:00

Stolica Bułgarii - Sofia

Stolica Bułgarii - Sofia

Podczas naszej podróży do Sofii od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy ograniczać się tylko do ścisłego centrum. Mimo że hotel mieliśmy w samym sercu miasta, pierwsze kroki skierowaliśmy trochę dalej - do słynnego budynku-ślimaka, czyli Snail house.
Do ścisłego centrum wróciliśmy metrem i rozpoczęliśmy zwiedzanie od jednej z największych atrakcji miasta – imponującej Sobór św. Aleksandra Newskiego.
Z zewnątrz zachwyca złotymi kopułami i monumentalną bryłą, ale wnętrze zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie. Ogromna przestrzeń, półmrok, zapach świec i piękne ikony tworzą niezwykły klimat. To jedna z największych cerkwi prawosławnych na Bałkanach i symbol Sofii.
To niezwykły, kolorowy budynek mieszkalny w kształcie ślimaka. I warto to podkreślić - to nie przedszkole ani szkoła, jak czasem można przeczytać w internecie, tylko normalny dom mieszkalny. Projekt jest absolutnie bajkowy: zakrzywione linie, brak ostrych krawędzi, intensywne kolory i oczywiście ogromna muszla. Wygląda jak wyjęty z książki dla dzieci, a jednak stoi sobie spokojnie wśród zwykłej zabudowy. Już na starcie wiedzieliśmy, że Sofia będzie zaskakiwać.
Wychodząc, minęliśmy również Grób Nieznanego Żołnierza , miejsce pamięci tuż obok katedry, przy którym pali się wieczny ogień.
Kolejnym punktem była Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, znana też jako rosyjska cerkiew. Charakterystyczne złote kopuły i zielone dachy sprawiają, że wygląda jak przeniesiona wprost z Moskwy. Tym razem nie wchodziliśmy do środka, ale sam budynek robi ogromne wrażenie.
Po krótkiej przerwie na kawę (tak, klasycznie w Starbucks 😄) ruszyliśmy dalej, do najstarszego zachowanego budynku w mieście, Cerkiew św. Jerzego
Ta niewielka, ceglana rotunda pochodzi z IV wieku i rzeczywiście jest pozostałością po czasach rzymskich. W starożytności Sofia nosiła nazwę Serdica i była ważnym miastem w Imperium Rzymskim. Do dziś w centrum można zobaczyć fragmenty rzymskichg murów, ulic i budowli. Spacerując, mijaliśmy ruiny dawnego miasta, to fascynujące uczucie chodzić po miejscu, gdzie dwa tysiące lat temu toczyło się życie rzymskiej metropolii.
Udało nam się też zobaczyć dawną Łaźnię Miejską, czyli dzisiejsze Regional History Museum Sofia. Ten charakterystyczny,pomarańczowo-ceglasty budynek z jasnymi zdobieniami i kopułami od razu przyciąga wzrok. Stoi tuż obok fontanny i źródeł wody mineralnej, z których mieszkańcy do dziś korzystają. Bardzo podobała mi się jego architektura – elegancka, dopracowana w detalach, z lekkim orientalnym klimatem. Trudno uwierzyć, że kiedyś były tu po prostu miejskie łaźnie. To miejsce pięknie pokazuje, jak historia przeplata się w Sofii z codziennym życiem.
Idąc dalej wzdłuż dawnych łaźni, natknęliśmy się na zabytkowy, zielony tramwaj, który stoi tam jako mały akcent historyczny i świetne tło do zdjęć. W jego pobliżu uwagę przyciąga również charakterystyczny budynek z kopułą i smukłym minaretem – to Banya Bashi Mosque, jedyny czynny meczet w Sofii. Powstał w XVI wieku w czasach panowania osmańskiego i do dziś jest ważnym miejscem dla lokalnej społeczności muzułmańskiej. Co ciekawe, jego nazwa nawiązuje do pobliskich łaźni („wielu łaźni”), bo meczet został zbudowany tuż obok naturalnych źródeł termalnych. To niesamowite, jak w jednym miejscu spotykają się rzymskie ruiny, osmańska architektura, secesyjny budynek dawnych łaźni i elementy miejskiej komunikacji – Sofia naprawdę potrafi zaskakiwać swoją różnorodnością.
Na obiad wybraliśmy coś lokalnego. Zamówiliśmy  zupę brokułową, a na drugie jajko ze szpinakiem. Mateusz postawił bardziej konkretnie, wziął kiełbaski. Prosto, ale bardzo smacznie.
Po posiłku przeszliśmy się reprezentacyjną ulicą Vitosha Boulevard. To główny deptak miasta, pełen sklepów, restauracji i kawiarni, z widokiem na góry Witosza w tle.
To miasto pełne kontrastów, rzymskie ruiny obok cerkwi, socjalistyczna architektura obok secesyjnych kamienic, nowoczesne kawiarnie obok historycznych zabytków. Sofia nie jest oczywistym kierunkiem, ale właśnie dlatego potrafi pozytywnie zaskoczyć.
Idąc w dół bulwaru dotarliśmy do charakterystycznego budynku z lwami, to National Palace of Culture (NDK). To ogromne centrum kongresowo-kulturalne z czasów socjalistycznych, jedno z największych tego typu na Bałkanach. Monumentalne, surowe, trochę kontrastujące z historyczną częścią miasta, ale właśnie to w Sofii jest ciekawe: mieszanka epok, stylów i wpływów.
Pogoda przez większość dnia nie rozpieszczała, było chłodno i pochmurno. Słońce wyszło dopiero pod koniec, właściwie wtedy, gdy musieliśmy już kierować się w stronę lotniska. Trochę jak na złość.


 

15:18:00

Liechtenstein - jeden z najmniejszych krajów Europy

Liechtenstein - jeden z najmniejszych krajów Europy

Z Bazylei ruszyliśmy dalej pociągiem, tym razem w kierunku Liechtensteinu. Podróż była spokojna, a im bliżej celu, tym krajobraz za oknem stawał się coraz bardziej tajemniczy. Gęsta mgła skutecznie zasłaniała widoki, które normalnie są jednym z największych atutów tego regionu.
Pierwszym przystankiem w Liechtensteinie był zamek w Vaduz, górujący nad stolicą księstwa. Choć tym razem nie zobaczyliśmy ani gór, ani rozległej panoramy doliny Renu, sam zamek i jego położenie zrobiły ogromne wrażenie. Już z daleka widać, że to miejsce ma swoją historię i znaczenie.
Zamek w Vaduz powstał w XII wieku i przez wieki był rozbudowywany. Początkowo pełnił funkcję obronną, a jego mury pamiętają czasy średniowiecznych konfliktów. Najciekawsze jest jednak to, że do dziś jest oficjalną rezydencją rodziny książęcej Liechtensteinu. Mieszka tam książę wraz z rodziną, dlatego zamek nie jest udostępniony do zwiedzania od środka. Można go podziwiać jedynie z zewnątrz, ale nawet to wystarcza, by poczuć wyjątkowość tego miejsca.
Ciekawostką jest fakt, że 1 sierpnia, w dzień narodowego święta Liechtensteinu, teren wokół zamku jest wyjątkowo otwarty dla mieszkańców. To jeden z nielicznych momentów w roku, kiedy książę zaprasza obywateli do wspólnego świętowania - bardzo symboliczny gest, pokazujący bliską relację między władzą a mieszkańcami tego niewielkiego kraju.
Podejście pod zamek, mimo mgły, miało w sobie coś magicznego. Cisza, wilgotne powietrze i zamglone kontury murów sprawiały, że łatwo było wyobrazić sobie dawne czasy i ludzi, którzy tu żyli. Brak widoków paradoksalnie dodał temu miejscu tajemniczości.
Po wizycie przy zamku zeszliśmy do centrum Vaduz, gdzie trafiliśmy na jarmarki świąteczne. Odbywały się one w okolicach ratusza, który jest sercem administracyjnym miasta. Budynek ratusza wyróżnia się prostą, nowoczesną architekturą, kontrastującą z historycznym zamkiem górującym nad miastem. To właśnie tutaj skupia się życie Vaduz - zarówno to oficjalne, jak i bardziej codzienne, zwłaszcza podczas lokalnych wydarzeń.
Świąteczne stragany, ciepłe światła, zapach grzanego wina i kameralna atmosfera sprawiły, że mimo niewielkich rozmiarów Liechtensteinu poczuliśmy prawdziwy klimat świąt. Było spokojnie, bez tłumów, zupełnie inaczej niż na jarmarkach w dużych europejskich miastach.
I w sumie tyle - krótka wizyta w jednym z najmniejszych państw świata, która mimo mgły okazała się bardzo klimatyczna i zapadająca w pamięć.

Copyright © 2016 Blog By Paulina , Blogger