Po naszym pobycie w Chicago postanowiliśmy spontanicznie polecieć do Kanady, a dokładniej do Toronto. Lot trwał niecałe dwie godzinki, a w praktyce chyba nawet trochę ponad godzinę, więc zanim człowiek zdążył się dobrze rozsiąść, już byliśmy na miejscu. I muszę przyznać, że Toronto bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.To miasto jest naprawdę nowoczesne, pełne ogromnych wieżowców i szerokich, czystych ulic. Momentami miałam wrażenie, że dalej jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, bo klimat jest bardzo podobny. Tak samo jak w USA, tutaj również wszędzie można zauważyć kanadyjskie flagi. Toronto jest jednak trochę spokojniejsze i bardziej uporządkowane, przynajmniej takie odniosłam wrażenie.Oczywiście nie mogliśmy pominąć najsłynniejszego punktu Toronto, czyli CN Tower. To najwyższy budynek w całej Kanadzie i jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta. Co ciekawe, do 2007 roku CN Tower był uznawany za najwyższą wolnostojącą konstrukcję na świecie, więc naprawdę robi wrażenie nawet dzisiaj.W Kanadzie bardzo zaciekawiło mnie też to, że podobnie jak w Stanach, po ulicach jeżdżą ogromne ciężarówki i wielkie auta, które świetnie wpisują się w północnoamerykański klimat.Po drodze trafiliśmy też na charakterystyczny duży czarny zegar z białą tarczą stojący w centrum miasta. Takie miejsca mają niesamowity klimat i sprawiają, że człowiek chce po prostu spacerować bez celu i chłonąć atmosferę miasta.Bardzo spodobał mi się jeden z budynków w centrum, cały złoty, wręcz pozłacany, przepięknie odbijał światło i wyglądał niesamowicie na żywo. Uwielbiam takie nowoczesne miasta, gdzie obok siebie stoją futurystyczne wieżowce i historyczne miejsca.Zwiedziliśmy też miejsce związane z historią kolei Toronto Railway Museum, znajdujące się w Roundhouse Park. Można tam zobaczyć stare lokomotywy i historyczne wagony, które przypominają początki kolei w Toronto. Bardzo klimatyczne miejsce, szczególnie jeśli ktoś lubi takie industrialne klimaty i historię dawnych podróży. Jednym z moich ulubionych momentów była również wizyta przy słynnej fontannie z pieskami. Czytałam, że ma symbolizować różnorodność i wielokulturowość Toronto, co bardzo pasuje do tego miasta, bo naprawdę czuć tam mieszankę kultur z całego świata.Jeśli chodzi o jedzenie… wow. Trafiliśmy na kanapki, które były chyba jednymi z najlepszych, jakie jadłam w życiu. Mąż zamówił wersję ze stekiem, frytkami i sosem, a ja wzięłam kanapkę z kurczakiem, serem i sosem, oczywiście również z frytkami. Niby „tylko kanapka”, ale była tak ogromna i sycąca, że praktycznie trzymała mnie cały dzień. Finalnie część zabrałam jeszcze na wynos. Warto dodać, że są to typowo kanadyjskie kanapki.Byliśmy też na słynnej hali targowej St. Lawrence Market - miejscu pełnym lokalnego jedzenia, serów, pamiątek i oczywiście syropu klonowego, bez którego nie wyobrażam sobie wrócić z Kanady. Kupiłam sobie również przeuroczy breloczek z czerwonym pomponikiem i flagą Kanady, który od razu skradł moje serce.Podsumowując - Toronto totalnie mnie oczarowało. Nowoczesne, czyste, klimatyczne, pełne ciekawych miejsc i naprawdę dobrej energii. To był krótki wyjazd, ale zdecydowanie taki, który będę bardzo dobrze wspominać.


































































