15:28:00

Rodos - Lindos i Pefkos

Rodos - Lindos i Pefkos
Na początku września wybraliśmy się na tydzień na Rodos. Polecieliśmy w większym rodzinnym składzie - ja, mój mąż, nasza dwuletnia córeczka, moja mama, tata i brat. Ze względu na to, że podczas wyjazdu zrobiłam naprawdę ogromną ilość zdjęć, postanowiłam podzielić naszą relację na dwa wpisy. Inaczej chyba zanudziłabym Was samymi zdjęciami :p
Na Rodos przylecieliśmy w niedzielę późnym wieczorem, więc tego dnia nie mieliśmy już żadnych większych planów. Po dotarciu do hotelu szybko się rozpakowaliśmy i poszliśmy spać. W końcu od następnego dnia zaczynała się nasza mała grecka przygoda.
Samochód wynajęliśmy dopiero na trzy dni, więc nie mieliśmy go przez cały pobyt. I właśnie dlatego naszą pierwszą wycieczkę do Lindos zorganizowaliśmy trochę inaczej – pojechaliśmy tam taksówką.
Lindos było naszym pierwszym miejscem do zwiedzania i chyba nie mogliśmy wybrać lepiej. To jedno z tych miejsc, które na zdjęciach wyglądają pięknie, ale na żywo robią jeszcze większe wrażenie.
Białe domki, wąskie uliczki, niebieskie okiennice, małe sklepiki z pamiątkami i ten typowo grecki klimat, który od razu sprawia, że człowiek czuje, że naprawdę jest na wakacjach. W tych uliczkach można spokojnie się zgubić i właściwie wcale nie jest to takie złe. Co chwilę trafialiśmy na jakieś nowe miejsce, mały sklepik albo piękny widok.
Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak morze. Ta turkusowa woda wyglądała niesamowicie. W okolicach Lindos znajduje się słynna Zatoka Świętego Pawła – Agios Pavlos – z przepiękną, niemal zamkniętą zatoką i krystalicznie czystą wodą.
Naprawdę mogę powiedzieć, że właśnie tutaj morze podobało mi się najbardziej podczas całego pobytu na Rodos. Ten kolor wody był wręcz nierealny. 💙
Jedyny mały minus? Uliczki w Lindos są momentami naprawdę śliskie. A ja oczywiście nie byłam na to przygotowana. 😂 Ja i moja mama w klapkach próbowałyśmy zachować równowagę na tych kamieniach i momentami wyglądało to trochę jak mały trening równowagi zamiast spaceru. Na szczęście skończyło się tylko na ślizganiu i obyło się bez żadnych upadków.

Ponieważ podróżowaliśmy z dwuletnią córeczką, szybko wypracowaliśmy sobie swój własny rytm dnia. I muszę przyznać, że bardzo dobrze się to sprawdziło.

Przed każdym większym zwiedzaniem najpierw spędzaliśmy około dwóch, czasami trzech godzin na basenie hotelowym. Była kąpiel, zabawa, trochę odpoczynku, a później drzemka córki. I dopiero wtedy ruszaliśmy na zwiedzanie.
Kolejnego dnia postanowiliśmy trochę lepiej poznać miejsce, w którym mieszkaliśmy, czyli Pefkos.
Pefkos okazał się bardzo przyjemnym miejscem. Jest tu zdecydowanie spokojniej niż w bardziej turystycznych i obleganych miejscach Rodos. Dużo zieleni, górzysty krajobraz, piękne widoki i taki wakacyjny, niespieszny klimat.
Bardzo spodobało nam się właśnie to, że jest tu spokojnie. Przy wyjeździe z małym dzieckiem naprawdę docenia się takie rzeczy. Nie trzeba ciągle gdzieś pędzić, można spokojnie wyjść na spacer, zatrzymać się na jedzenie czy po prostu cieszyć się widokiem.

To właśnie tutaj po raz pierwszy podczas wyjazdu wybraliśmy się całą rodziną do restauracji.
Ja oczywiście postawiłam na klasykę, czyli grecką sałatkę. Reszta rodziny zamówiła moussakę, była zarówno wersja wegetariańska, jak i tradycyjna. Nasza córeczka dostała kawałki kurczaczka z tzatziki i, jak można się domyślić, jedzenie na wakacjach smakowało jej wyjątkowo dobrze.
Pefkos bardzo szybko stał się dla nas takim spokojnym miejscem, do którego miło było wracać po całym dniu.
To był dopiero początek naszego tygodnia na Rodos, a już pierwsze dwa dni pokazały nam, że wybraliśmy naprawdę piękne miejsce na rodzinne wakacje.

A to dopiero początek, bo przez kolejne dni zwiedzaliśmy już Rodos z wynajętym samochodem i odwiedziliśmy jeszcze kilka naprawdę pięknych miejsc. O tym napiszę w drugiej części.

11:25:00

Wypad do Berlina na koncert Bruno Marsa

    Wypad do Berlina na koncert Bruno Marsa

Szczerze? Gdyby ktoś jeszcze jakiś czas temu zaproponował mi wyjazd do Berlina, pewnie bym odmówiła. Nigdy nie wydawał mi się kierunkiem, który szczególnie chciałabym odwiedzić. Ale czasami wystarczy jeden dobry powód, żeby całkowicie zmienić zdanie.

Tym powodem był koncert Bruno Marsa na Olympiastadion Berlin. Ponieważ z Krakowa nie było dogodnych lotów, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w trasę. Ku mojemu zaskoczeniu podróż minęła naprawdę szybko i nie dłużyła się nawet w połowie tak bardzo, jak sobie wyobrażałam.

Przed koncertem udało nam się sporo zobaczyć. Odwiedziliśmy oczywiście Bramę Brandenburską – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Berlina i całych Niemiec. Przez lata była świadkiem najważniejszych wydarzeń w historii miasta, a po zjednoczeniu Niemiec stała się symbolem pokoju, jedności i zakończenia podziału kraju.
Byliśmy również przy Pomniku Pomordowanych Żydów Europy, miejscu, które robi ogromne wrażenie i skłania do refleksji. To jedna z tych atrakcji, przy których człowiek na chwilę zwalnia i po prostu zatrzymuje się z szacunku dla historii.
Nie mogło też zabraknąć Alexanderplatz, jednego z najbardziej charakterystycznych placów Berlina, tętniącego życiem o każdej porze dnia.
Wjechaliśmy również na wieżę telewizyjną – najwyższą budowlę w Niemczech. Widoki? Jasne, były bardzo ładne, choć po panoramie Nowego Jorku czy widoku z Burj Khalify trudno już o efekt „wow”.  Za to jedno było bezcenne – klimatyzacja! Trafiliśmy na prawdziwą falę upałów i temperatura przekraczała 40°C, więc chwila w chłodzie była chyba największą atrakcją tego dnia. 😂
Berlin bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Pojechałam tam dla koncertu, a wróciłam z przekonaniem, że zdecydowanie warto było dać temu miastu szansę.
Odwiedziliśmy także imponującą Katedrę Berlińską. Jej monumentalna kopuła przyciąga wzrok już z daleka, a sam budynek jest jednym z najważniejszych zabytków miasta. To miejsce, które świetnie pokazuje, jak historia Berlina przeplata się z jego współczesnym charakterem.
A teraz kilka słów o tym, po co właściwie pojechaliśmy do Berlina. Bruno Mars zrobił naprawdę fenomenalne show. Od pierwszej do ostatniej piosenki było widać, że to artysta z ogromną charyzmą. Zaśpiewał praktycznie wszystkie swoje największe hity, a do tego dorzucił kilka nowszych utworów. Publiczność śpiewała razem z nim niemal przez cały koncert, a energia na stadionie była niesamowita.
Na ten koncert czekałam pół roku. Zdobycie biletów graniczyło z cudem. Próbowałam kupić je podczas oficjalnej sprzedaży na Ticketmasterze, odczekałam swoje w kolejce, ale zanim przyszła moja kolej, wszystko było już wyprzedane. Ostatecznie udało mi się kupić bilet z drugiej ręki za około 700 zł (oczywiście od osoby). Miejsce było naprawdę daleko od sceny, bo lepsze sektory zniknęły błyskawicznie, ale i tak nie żałuję ani złotówki.
Jeśli miałabym wskazać jakiś minus, to zdecydowanie organizację. Koncert zaczął się dopiero chwilę po 20:00, a ponieważ trafiliśmy na falę upałów, kiedy temperatura w ciągu dnia przekraczała 40°C, nawet wieczorem na stadionie było bardzo gorąco. Do tego przez sporą część występu było jeszcze jasno, więc trochę zabrakło tego koncertowego klimatu, który tworzą światła i nocna atmosfera.
Wracając z koncertu, nie jechaliśmy od razu do Krakowa. Zatrzymaliśmy się na noc w Bolesławcu, żeby trochę odpocząć po pełnym wrażeń dniu. Następnego ranka ruszyliśmy dalej, ale po drodze zrobiliśmy jeszcze przystanek we Wrocławiu na kawę.

Muszę przyznać, że Wrocław zrobił na mnie świetne wrażenie. To miasto ma niesamowity klimat – nowoczesne, pełne życia, a jednocześnie bardzo urokliwe. Zdecydowanie czuć w nim taki europejski charakter. Chętnie wrócę tam kiedyś na dłużej, bo kilka godzin to zdecydowanie za mało, żeby je dobrze poznać.

 

08:19:00

Największy amfiteatr Afryki i prawdziwe oblicze Tunezji - El Jem

    Największy amfiteatr Afryki i prawdziwe oblicze Tunezji - El Jem

Jednym z naszych kolejnych przystanków podczas pobytu w Tunezji było El Jem, niewielkie miasteczko oddalone od naszego hotelu o około 80 km. To właśnie tam znajduje się jeden z największych skarbów kraju – imponujący rzymski amfiteatr, który jest największym i najlepiej zachowanym amfiteatrem w Afryce.
Powstał około 238 roku n.e., za czasów Cesarstwa Rzymskiego, i mógł pomieścić nawet 35 tysięcy widzów. To właśnie tutaj odbywały się walki gladiatorów, polowania na dzikie zwierzęta i inne widowiska, które przed wiekami przyciągały tłumy. Co ciekawe, amfiteatr został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i do dziś zachwyca swoim rozmiarem oraz świetnym stanem zachowania.
Spacerując po jego korytarzach i podziemiach, naprawdę można było poczuć klimat dawnych czasów i wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w tym miejscu blisko 1800 lat temu.
Jedną z największych ciekawostek jest to, że amfiteatr w El Jem nigdy nie został ukończony w stu procentach. Mimo to do dziś zachwyca swoją monumentalną konstrukcją i jest uznawany za trzeci największy rzymski amfiteatr na świecie, zaraz po Koloseum w Rzymie i amfiteatrze w Kapui. Zbudowano go z ogromnych bloków piaskowca, bez użycia zaprawy murarskiej, a jego konstrukcja przetrwała niemal 1800 lat.
W średniowieczu amfiteatr pełnił również rolę twierdzy. Jego masywne mury dawały schronienie mieszkańcom podczas najazdów, a z biegiem czasu część kamieni została wykorzystana do budowy okolicznych domów i innych budowli. Mimo tego do dziś robi ogromne wrażenie i pozwala wyobrazić sobie potęgę Imperium Rzymskiego.
Co ciekawe, jeśli oglądaliście film „Gladiator”, niektóre sceny były inspirowane właśnie tym miejscem, a sam amfiteatr często wykorzystywany jest jako plener filmowy i miejsce organizacji koncertów muzyki symfonicznej. Dzięki doskonałej akustyce odbywa się tu również coroczny Międzynarodowy Festiwal Muzyki Symfonicznej.
Równie ciekawa okazała się sama podróż do El Jem. Pojechaliśmy taksówką, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć Tunezję z zupełnie innej perspektywy – tę mniej turystyczną, bardziej surową i autentyczną. Mijaliśmy niewielkie miejscowości, pola uprawne i miejsca, do których turyści raczej nie zaglądają. To był zupełnie inny obraz kraju niż ten, który można zobaczyć z hotelowego resortu.
Nie ukrywam, że przez całą drogę modliłam się tylko o jedno, żeby samochód się nie zepsuł. 😅 Widząc niektóre miasteczka, miałam w głowie myśl, że zdecydowanie nie chciałabym utknąć tam na kilka godzin. Być może nic by się nie wydarzyło, ale wyobraźnia działała na pełnych obrotach. Na szczęście wszystko przebiegło bez żadnych problemów, a my wróciliśmy z kolejnymi pięknymi wspomnieniami i jeszcze lepiej poznaliśmy prawdziwe oblicze Tunezji. 

20:49:00

Tunezja, niezwykłe miasto Sousse

Tunezja, niezwykłe miasto Sousse

Kolejne dni naszej tunezyjskiej przygody upłynęły pod znakiem odkrywania niezwykłego miasta Sousse, jednego z najstarszych i najbardziej klimatycznych miejsc w Tunezji. To właśnie tutaj znajduje się zabytkowa medyna wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Spacerując jej wąskimi uliczkami, można poczuć prawdziwy klimat arabskiego miasta sprzed setek lat.
Jednym z najciekawszych punktów naszej wycieczki był Ribat w Sousse, imponująca forteca i jednocześnie dawny klasztor wojskowy z VIII-IX wieku. Budowla była częścią systemu obrony wybrzeża przed najazdami z morza. Największe wrażenie zrobił na mnie widok z wieży strażniczej, z której przed wiekami przekazywano sygnały do innych fortyfikacji wzdłuż wybrzeża. Co ciekawe, jest to jeden z najlepiej zachowanych ribatów w całej Tunezji.
Po zwiedzaniu fortecy zanurzyliśmy się w gwar tradycyjnego arabskiego targu, souku. To prawdziwy labirynt kolorowych uliczek pełnych przypraw, ręcznie tkanych dywanów, wyrobów skórzanych, biżuterii i pamiątek. W powietrzu unosiły się zapachy orientalnych przypraw, a lokalni rzemieślnicy pracowali w swoich niewielkich warsztatach niemal na oczach przechodniów. Targ w medynie Sousse uchodzi za jeden z najpiękniejszych w Tunezji i rzeczywiście ma niepowtarzalny klimat.
4 czerwca postanowiliśmy natomiast zwolnić tempo i spędzić cały dzień w hotelu. Był to wyjątkowy dzień, ponieważ świętowałam swoje urodziny. Czas upływał nam między relaksem przy hotelowym basenie a kąpielami w ciepłym morzu. Oczywiście nie zabrakło również kolorowych drinków, które smakowały jeszcze lepiej w promieniach tunezyjskiego słońca.
Wieczorem czekała mnie przepiękna niespodzianka przygotowana przez mojego męża. Zorganizował dla mnie wyjątkową kolację urodzinową. Na stole pojawiły się pyszne krewetki oraz danie przypominające lasagne, ale w tunezyjskim wydaniu. Nie zabrakło również różnorodnych przystawek, deserów i lampki wina. Kulminacyjnym momentem był tort wniesiony przez obsługę restauracji. Kelnerzy odśpiewali mi „Happy Birthday”, tworząc niezapomnianą atmosferę. Było wzruszająco, pięknie i naprawdę wyjątkowo.
To były kolejne cudowne dni pełne słońca, smaków i niezapomnianych wspomnień. A już w przyszłym tygodniu pojawi się ostatni wpis z naszej tunezyjskiej podróży. Do zobaczenia!

 

Copyright © 2016 Blog By Paulina , Blogger