Drugi dzień w Chicago przywitał nas naprawdę piękną pogodą, był to jeden z zaledwie dwóch tak ciepłych i słonecznych dni podczas całego naszego tygodniowego pobytu. Od samego rana było przyjemnie, więc postanowiliśmy spędzić go na spacerach i zwiedzaniu.Na początek zobaczyliśmy słynną „fasolkę”, czyli Cloud Gate w Millennium Park. Miejsce robi ogromne wrażenie na żywo, szczególnie przy takiej pogodzie. Wszystko lśniło w słońcu, a odbicia miasta w tej ogromnej, stalowej rzeźbie wyglądały naprawdę efektownie. Atmosfera była bardzo przyjemna i luźna, ludzie spacerowali, robili zdjęcia, po prostu cieszyli się dniem.Po drodze mijaliśmy też jeden z bardziej charakterystycznych parków w centrum Chicago, bardzo zielony, pełen drzew, a jednocześnie otoczony wysokimi drapaczami chmur. To takie ciekawe połączenie natury i miasta, które robi naprawdę świetne wrażenie i pokazuje, jak „żywe” jest to miasto.
W trzecim dniu odwiedziliśmy również sklep Apple, który w Stanach sam w sobie jest trochę atrakcją turystyczną. Minimalistyczny design i ogromny wybór robią wrażenie, nawet jeśli nie planuje się zakupów. Mąż chciał nawet kupić iPhone’a, bo sprzęty w USA są zwykle tańsze niż w Europie, jednak finalnie pojawiły się problemy z kartą i decyzja o zakupie została przesunięta na Polskę. I rzeczywiście, różnice cenowe potrafią być zauważalne, co dla wielu osób jest dodatkową zachętą do zakupów elektroniki podczas wyjazdu.Na koniec warto dodać, że to jeszcze nie koniec mojej relacji z Chicago, planuję napisać przynajmniej jeden kolejny post z tego miasta, a dodatkowo pojawi się też wpis z Kanady, bo podczas pobytu w Chicago zrobiliśmy sobie jednodniową wycieczkę za granicę.
Następnie przeszliśmy w stronę mariny. Woda tego dnia miała piękny, wręcz turkusowy kolor, co było dla nas sporym zaskoczeniem. W tak słoneczny dzień wyglądało to wyjątkowo malowniczo, jakby całe wybrzeże nagle nabrało wakacyjnego klimatu.
Nie zabrakło też bardziej „amerykańskiego” akcentu kulinarnego, w drugi dzień zjedliśmy pizzę na grubym cieście z pomidorami (nie robiłam zdjęć). Taka typowa, sycąca, amerykańska wersja, która idealnie pasowała do spacerowego dnia i dodała nam energii na dalsze zwiedzanie.Jeden z bardziej „klimatycznych” momentów naszej podróży związany był ze słynną trasą Route 66. Zrobiliśmy sobie zdjęcie na jej końcu w Chicago, co było dla nas fajną symboliką całej wyprawy. Co ciekawe, początek tej legendarnej drogi mieliśmy okazję zobaczyć już kilka lat wcześniej w Santa Monica w Los Angeles. Sama trasa historyczna, czyli U.S. Route 66, liczy około 3 900 km i łączy właśnie te dwa miejsca, więc zdjęcia z obu jej „końców” stały się dla nas fajną pamiątką z dwóch różnych podróży.Trzeciego dnia pogoda już wyraźnie się zmieniła i zrobiło się dużo chłodniej, ale mimo to zdecydowaliśmy się na wycieczkę do Lincoln Park Zoo w Chicago. To, jeśli dobrze pamiętam, najstarsze zoo w całych Stanach Zjednoczonych, co już samo w sobie robi wrażenie. Dodatkowo wejście jest całkowicie darmowe, co jest ogromnym plusem.Na miejscu córka miała okazję zobaczyć lwy, zebry, kozy, małpy i pingwiny. Niestety przez niższą temperaturę część zwierząt była pochowana i mniej aktywna, ale mimo to wizyta była udana. Najważniejsze, że dziecko było zadowolone i mogło spędzić czas na świeżym powietrzu w tak ciekawym miejscu.Ten dzień upłynął nam też pod znakiem kawy, mam wrażenie, że spróbowałam wtedy już wszystkich możliwych wersji machy: na zimno, na ciepło i w różnych smakach. Idealne rozgrzewające „towarzystwo” na chłodniejsze momenty zwiedzania.Trzeciego dnia, gdy odwiedziliśmy okolice centrum, spacerowaliśmy też w rejonie słynnego wieżowca Trump International Hotel and Tower (Chicago). To okolica pełna wysokich budynków, szerokich ulic i nowoczesnej architektury, więc świetna do spacerów i zdjęć. Standardowo był też czas na kawę w jednym z lokalnych miejsc, taki nasz mały rytuał w trakcie zwiedzania dużych miast.W okolicach wieżowca Trumpa natrafiliśmy również na ciekawą instalację artystyczną, rzeźbę przedstawiającą trzy męskie postacie. Znajduje się ona przy Chicago Riverwalk i wpisuje się w charakterystyczny dla tego miejsca nowoczesny krajobraz sztuki miejskiej. Tego typu rzeźby pojawiają się tam dość często i sprawiają, że spacer wzdłuż rzeki jest jeszcze bardziej interesujący i nieoczywisty.W tej części miasta płynie rzeka Chicago River, która przecina centrum Chicago i tworzy jego charakterystyczny, bardzo rozpoznawalny krajobraz. Wzdłuż niej biegnie Chicago Riverwalk, nowoczesna promenada spacerowa, przy której znajdują się liczne restauracje, kawiarnie i miejsca do odpoczynku. Cała okolica jest świetnie zagospodarowana i idealna na spokojny spacer wśród wieżowców, z widokiem na odbijające się w wodzie budynki i miejskie mosty. To jedno z tych miejsc, gdzie można jednocześnie poczuć tętniące życiem centrum miasta i chwilę oddechu nad wodą.W trzecim dniu odwiedziliśmy również sklep Apple, który w Stanach sam w sobie jest trochę atrakcją turystyczną. Minimalistyczny design i ogromny wybór robią wrażenie, nawet jeśli nie planuje się zakupów. Mąż chciał nawet kupić iPhone’a, bo sprzęty w USA są zwykle tańsze niż w Europie, jednak finalnie pojawiły się problemy z kartą i decyzja o zakupie została przesunięta na Polskę. I rzeczywiście, różnice cenowe potrafią być zauważalne, co dla wielu osób jest dodatkową zachętą do zakupów elektroniki podczas wyjazdu.Na koniec warto dodać, że to jeszcze nie koniec mojej relacji z Chicago, planuję napisać przynajmniej jeden kolejny post z tego miasta, a dodatkowo pojawi się też wpis z Kanady, bo podczas pobytu w Chicago zrobiliśmy sobie jednodniową wycieczkę za granicę.



























































