Nasza podróż zaczęła się w Krakowie – stamtąd polecieliśmy do Helsinek, a później już bezpośrednio do Chicago. Sama trasa była dość długa, ale podekscytowanie robiło swoje, więc zmęczenie gdzieś się rozmywało w tle… przynajmniej do momentu lądowania.Chicago przywitało nas deszczem. Takim typowym, trochę zniechęcającym do wielkiego zwiedzania pierwszego dnia. Zamiast więc rzucać się od razu w wir miasta, schowaliśmy się w Starbucksie. I powiem szczerze, nawet to miało swój klimat. Może to głupie, ale serio czuć było, że jesteśmy już w Stanach. Ten „zwykły” Starbucks nagle stał się częścią doświadczenia, a nie tylko przystankiem na kawę.Siedząc przy oknie, mogliśmy obserwować miasto i to był moment, kiedy pierwszy raz pomyślałam: okej, to naprawdę Chicago. Nad ulicami co chwilę przejeżdżały pociągi, te charakterystyczne, które suną po torach zawieszonych nad głową. Trochę jakby miasto miało drugi poziom życia, który cały czas jest w ruchu. Do tego wszędzie wokół wysokie budynki, takie prawdziwe „amerykańskie”, dokładnie jak w filmach, tylko że tym razem to nie ekran.
Mimo deszczu nie usiedzieliśmy długo w miejscu. Zrobiliśmy około 10 km na nogach i drugie tyle przemieszczając się pociągami i metrem. Niby niewiele jak na całe miasto, ale jetlag skutecznie przypominał nam, że jesteśmy kilka stref czasowych dalej. Momentami człowiek nie wiedział, czy jest bardziej zmęczony, czy podekscytowany.I chyba najbardziej lubię te pierwsze dni w nowym miejscu właśnie za to, że nie są perfekcyjne. Trochę zmęczenia, trochę przypadkowych decyzji, pogoda nie taka jak trzeba, ale dzięki temu wszystko jest bardziej prawdziwe. Nie wyreżyserowane pod plan zwiedzania, tylko takie, jakie się wydarzy.
Na kolejne dni też coś dla Was przygotuję, jeszcze nie wiem, czy pójdę dzień po dniu, czy może połączę kilka w jeden wpis, zobaczę co lepiej odda cały wyjazd. Tak czy inaczej, w przyszłym tygodniu wrzucę kolejną część, bo trochę się tego uzbierało i zdecydowanie jest o czym opowiadać.











